KoronawirusNews

Kolejna branża mocno obrywa na lockdownie, którego oficjalnie nie ma

4 Min. czytania

Branża taxi w coraz większej depresji. Mimo że nie dotknęły jej bezpośrednie obostrzenia, to powiązania z zamykanymi sektorami gospodarki powodują, że coraz więcej kierowców rezygnuje z działalności.

Wprowadzane przez rząd restrykcje coraz bardziej odczuwają nie tylko zamykane sektory gospodarki, ale także te firmy, które są z nimi mocno powiązane. I tak jak na zamknięciu lokali gastronomicznych cierpią także np. dostawcy żywności, tak w przypadku ogólnego strachu związanego z pandemią COVID-19 rykoszetem dostaje wiele „pobocznych” firm. Jedną z nich jest m.in. branża przewozu osób, o której pisałem kilka dni temu w artykule dotyczącym przewozów autokarowych.

Dziś przyjrzałem się jej nieco bliżej jej „rozdrobnionej” siostrze, tj. branży taxi, w której ilość samozatrudnionych liczyć możemy w dziesiątkach tysięcy. Jak wygląda ich praca w dobie koronawirusa? Posługując się kolokwializmem – taksówkarze jeżdżą już na oparach i nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się poprawić.

Branża taxi na zakręcie w kryzysie

Pierwsze rozmowy dotyczące spadków obrotów prowadziłem z kierowcami taxi już wiosną. Mimo że większość z nich deklarowała spadki o nawet 90 proc., to rządowa pomoc pomogła im przetrwać kilkumiesięczny lockdown. Świadczenie postojowe, zwolnienie ze składek ZUS, czy mikropożyczki, które przybrały po czasie formę mikrodotacji pomogły branży przetrwać kryzys i dojechać w ten sposób do lata.

Ale nie wszystkim.

Jak bowiem wskazywała wywiadownia gospodarcza Bisnode, tylko w okresie trzech miesięcy pandemii koronawirusa z rynku zniknęło 3 razy więcej działalności związanych z przewozem osób, niż rok wcześniej.

Topniejące kursy z lotnisk, dworców, czy firm, a co za tym idzie, zwiększona konkurencja spowodowały, że na rynku zrobiło się zbyt ciasno i wielu kierowców nie było w stanie zarobić nawet na koszty.

Tym, którzy pozostali, kolejne miesiące pozwoliły wylizać polockdownowe rany, jednak cały czas słychać było głosy, że rynek – zwłaszcza w dużych miastach – nie jest tym samym, który znaliśmy jeszcze rok temu, a zyski kurczą się z tygodnia na tydzień. Wielu kierowców skarżyło się także na coraz powszechniejszy rynek współdzielenia hulajnóg, czy rowerów. To bowiem także odbiło się na ilości zleceń. W okresie letnim – zwłaszcza po narodowej kwarantannie – ludzie częściej stawiali na „podróż” w świeżym powietrzu.

Jesienią będzie lepiej – argumentował jeden z kierowców, któremu pandemia zabrała przeszło 50 proc. obrotów. Jakże się mylił.

Przyszła jesień. Spadki sięgają już 80 procent

Mimo że o drugiej fali pandemii COVID-19 mówili wszyscy, to wszyscy też jednak patrzyli na nią jak rządzący. Niby będzie, ale może jednak nie, więc nie ma co bać się na zapas. Nikt już na pewno nie mówił o jakimkolwiek zamykaniu gospodarki, a wielu wręcz przekonywało, że nie ma o nim mowy. Jednym z nich był Mateusz Morawiecki, a w takt przygrywał mu przecież minister zdrowia, który w jednym z wywiadów jeszcze we wrześniu mówił „Jakieś obostrzenia są możliwe, ale nie straszmy się lockdownem”. Stało się jednak inaczej i od wielu tygodni obserwujemy zamykanie kolejnych sektorów gospodarki.

Na pierwszy rzut jesiennych obostrzeń poszły wesela, imprezy masowe, kluby, restauracje i branża fitness, a teraz handel i kultura. Ze wszystkimi z tych sektorów powiązana jest właśnie branża taxi. O uziemionych lotach, czy zamkniętych hotelach nie wspomnę. Gdy dołożymy do tego pracę zdalną, a co za tym idzie odpływ klientów korporacyjnych, branża przewozu osób w dużych miastach nie ma – delikatnie rzecz ujmując – łatwego życia.

– We wrześniu spadki wyniosły ok 30 proc. względem roku poprzedniego. W październiku było o 40 proc. gorzej niż we wrześniu. Dziś normą jest, że mamy spadki w wysokości nawet 80 proc. rdr. – mówi w rozmowie z Bizme.pl jeden z warszawskich taksówkarzy.

– Gdyby nie aplikacja (nazwa ukryta) i zlecenia z niej, musiałbym już we wrześniu zrezygnować, a tak, chociaż w domu nie siedzę. O zyskach jednak nie mogę zbytnio mówić. Dziś przez 7 godzin złapałem 6 kursów. Lecę na długu, jak cały ten świat – mówi z grymasem na twarzy i dodaje, że w przyszłym tygodniu już zapewne nie wyjedzie w ogóle. – Po co mam wyjeżdżać, jeśli przez cały dzień na czysto zarobię może 60 zł?

Na zadłużenie kierowców taxi wskazywała jeszcze w czerwcu „Rzeczpospolita”. Zgodnie z danymi płynącymi z KRD, przeciętne zadłużenie samozatrudnionego taksówkarza wynosi już 26 tys. zł, a łączna wartość długu przekracza 120 mln zł.

Czy będzie lepiej?

– Ostatnie obostrzenia nas zaskoczyły – spadki są ogromne, ale całkowity lockdown nas wykończy, bo nikt nie mówi o wsparciu tej branży. Nie wierzę, że rząd się nad nami pochyli, a przecież wciąż powtarza, że pomoc dostaną tylko te firmy, które oni zamykają. Nas przecież oficjalnie nikt nie zamknął. – Przekonuje warszawski kierowca taxi.

Tu rozmowa z nim się kończy, tak samo jak kurs. „Płatność wysłana, proszę zaakceptować. Rachunek 12,48 zł. „Jak ma być lepiej” – dopytuje ironicznie, patrząc na kwotę widniejącą w aplikacji.

No fakt. Sam przecież wybrałem najtańszy możliwy kurs. Mnie bowiem pandemia także mocno sponiewierała…

Dołącz do społeczności przedsiębiorców na Facebook lub Twitter i wspieraj Bizme.pl swoją obecnością.